Pastéis sem Nata, czyli lizbońskie ciastka z nadzieniem budyniowym. Wegańskie.

P1070175.JPG

Nie uprawiam zwykłej turystyki. To co wyczyniam, a właściwie wyczyniamy razem z moim chłopakiem nazywam pieszczotliwie gastroturystyką. Kiedy gdzieś jadę zaczynam od sprawdzenia co ja tam mogę zjeść. Dopiero później szukam tak zwanych atrakcji turystycznych. Co zrobić, gdy dla mnie zawsze największą wartością jest … jedzenie. Muszę się Wam do czegoś przyznać, do czegoś, co uczyni mnie w Waszych oczach bardzo przyziemną osobę: wolę przyoszczędzić na bilecie do muzeum niż na kolacji. Jedzenie to moja pasja, miłość, to doświadczenie przez, które czuję się bogatsza. Jedzenie jest ważne.

_1070137.JPG

Jadąc do Lizbony,  z której relację możecie znaleźć z poprzednim wpisie.

Weganie na wakacjach: Lizbona i okolice

Największą frajdę sprawia mi testowanie lokalnej kuchni, tradycyjnej  kuchni, oczywiście w wersji roślinnej, ale nie zawsze jest to takie proste. Jak możecie przekonać się w mojej relacji z Lizbony, naprawdę niewiele miejsc oferuje zweganizowane dania kuchni portugalskiej. Najbardziej było mi przykro, że nie trafiłam nigdzie na wegańskie Pastéis de nata, czyli ciastka, które w wersji tradycyjnej nie mają nic wspólnego z kuchnią roślinną, bo ich podstawą jest słodkie nadzienie na bazie żółtek, ale przecież nie ma takiej rzeczy, której przy odrobinie wyobraźni i talentu nie da się zweganizować. Kilka słów o Pastéis de nata. Początkowo wypiekali właśnie zakonnicy z klasztoru Hieronimitów w Belém, którzy białek jaj używali do krochmalenia swoich szat.  Pozostałe żółtka, produkt uboczny po krochmaleniu, stały podstawowym składnikiem wspomnianych ciastek. Po likwidacji zakonu w XIX wieku sprzedali oni oryginalną recepturę na Pastéis de Nata piekarni sąsiadującej z klasztorem i do dnia dzisiejszego można je tam zakupić pod nazwą Pastéis de Belém. Taką kolejkę, jaką spotkałam pod ową piekarnią, widuję w Polsce tylko pod cukierniami w Tłusty Czwartek. A był to zwykły listopadowy dzień w środku tygodnia. Nie wiem, co  dzieje się tam w miesiącach stricte wakacyjnych.

Dla ścisłości dodam, że Pastéis de Nata można kupić w każdej lizbońskiej cukierni. Jada się je na śniadanie do kawy. Oczywiście nie są wegańskie i ku mojemu rozczarowaniu nie spotkałam ich roślinnej wersji w żadnej z odwiedzanych przeze mnie miejsc, a szkoda. Gdzieś w internecie znalazłam informację, że ciasto stylizowane na Pasteis de Nata można czasami spotkać we wspomnianym w moim poprzednim wpisie AO-26 Vegan Food Project ,  ale je niestety nie miałam szczęścia spróbować.

P1070170.JPG

P1070169.JPG

Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Zasada stara jak świat. Wróciłam do domu z misą wypieku Pastéis de Nata, a właściwie sem Nata we własnej kuchni. Jak postanowiłam, tak uczyniłam. Ciastka są tak naprawdę banalne. Przygotowuje się ja na bazie gotowego ciasta francuskiego, które dostaniecie niemal w każdym markecie i szczęśliwie jest zazwyczaj wegańskie. Oczywiście możecie przygotować domowe ciasto francuskie, ale mi to nawet do głowy nie przyszło. Jak można to staram się nieco ułatwić sobie gotowanie, a przede wszystkim nie chcę zniechęcać Was do diety roślinnej perspektywą milionów godzin w kuchni.

P1070180.JPG

Składniki:

  • opakowanie ciasta francuskiego o wegańskim składzie
  • 250 ml mleka kokosowego
  • 150 ml mleka sojowego (najlepiej waniliowego)
  • szczypta cynamonu
  • 100 g cukru trzcinowego
  • szczypta kurkumy
  • szczypta kala namak lub zwykłej soli
  • 25 g mąki kukurydzianej

W rondelu,  przy pomocy trzepaczki, wymieszać wszystkie składniki masy poza czarną solą – kala namak (i oczywiście ciastem francuskim). Doprowadzić do wrzenia cały czas mieszając, a gdy nabierze konsystencji budyniu doprawić kala namak, zdjąć z ognia i  wystudzić.

Piekarnik rozgrzać do temp. 250ºC.

Ciasto francuskie rozwinąć, usunąć papier i zwinąć ponownie w rulon, jak na zdjęciu.

P1070086.JPG

Pokroić na 12 równych krążków, które zbijamy w kulkę, a następnie wyklejamy nimi wysmarowaną olejem foremkę do muffinów.

P1070089.JPG

Ciastka wypełnić 2-3 łyżkami budyniu. Do 2/3 wysokości,nie więcej. Jeżeli użyjesz za dużo masy, wypłynie podczas pieczenia. Niestety, z racji tego, że pod wpływem gorącej temperatury masa może wyciec i tak, radzę, jeżeli używacie foremek silikonowych ułożyć je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. W przeciwnym razie masa będzie się przypalać na blaszce  i nigdy jej nie domyjecie.

Wkładamy babeczki do piekarnika.  Pieczemy w 5 minut w temp. 250 st. C,  a następnie około 10-11 minut w 230 st.C.

Gotowe babeczki studzimy i zajadamy do pysznej kawy!

Sprawdź też mój przepis na węgierskie placki langosze w wersji roślinnej!

P1070153.JPG

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s