Blender Ronic Zyle. Recenzja i świąteczny rabat dla czytelników Hello Morning

IMG_0187.JPG

Jestem ogromną fanką jedzenia. W zasadzie, gdy pojawia się temat gotowania, knajp, przypraw, smaków natychmiast włączam się do dyskusji. Jadanie na mieście jest jedną tych przyjemności, których ciężko mi odmówić, ale jednocześnie jestem bardzo wymagającą konsumentką. Sama gotuję, więc mam bardzo konkretne oczekiwania dotyczące jedzenia. Z racji, że gotuję potrzebuję w kuchni sprzętów, które sprawiają, ze gotowanie jest prostsze, szybsze, jeszcze przyjemniejsze, ale też efektowne, bo smoothies, sosy, tofurniki czy hummusy są idealnie gładkie. Stali czytelnicy mojego bloga, ale też obserwatorzy moich kulinarnych potyczek na Instagramie czy Snapchacie, wiedzą, że od pewnego czasu  moje gotowanie zdominował Vitamix. Używam go niemal codziennie i rzeczywiście, sprawia, że wiele dań jest takich, jakie być powinny. W  blenderze z ostrzem typu S hummus nigdy nie wychodzi mi tak idealnie gładki, jak bym chciała. Czytaj dalej

Świąteczny buraczany krem ze śliwkami i ziołami

img_0974

Połączenia warzywno- owocowe albo się kocha, albo nienawidzi. Tutaj raczej nikt nie spotyka się w pół drogi. Podobnie zresztą sprawa ma się z oliwkami, bobem czy brukselką. Kiedy gotowałam tytułowy krem, mój chłopak zajrzał zaniepokojony do garnka i powiedział, że nie wie co z tego będzie, a potem spróbował i stwierdził, że ta zupa jest przepyszna. Myślę, że to niezła rekomendacja, skoro padała z ust kogoś, kto ma raczej konserwatywne podejście do gotowania i nie lubi ekstrawagancji w kuchni. Za to ja uwielbiam eksperymentować i choć efekty bywają różne, czasami mam trochę szczęścia i odkrywam niezłe kulinarne perełki.

W moimi rodzinnym domu od kilku lat na wigilijnym stole zamiast barszczu, grzybowej czy innej rybnej (której notabene i tak jako weganka bym nie jadała – no chyba, że BEZrybną na glonach), pojawia się zupa krem z buraków i malin. Ten warzywno-owocowy miks podbił serca wszystkich domowników. W tym roku jakoś w okolicach jesieni poszedł mi do głowy pomysł, aby maliny zastąpić śliwkami, a sam krem nieco wzbogacić w zioła. Jak wiadomo buraki to dość elastyczne warzywo, bo możemy miksować je z czekoladą w cieście, z pomarańczami w smoothies, możemy robić sałatki i surówki, tarty i roślinne wersje carpaccio. Burak taki niepozorny, a taki jednocześnie tyle potrafimy z niego wyciągnąć.

Nie będę się już tu dużej rozwodzić. Polecam krem zarówno na święta, jak i na co dzień.

img_0971

 

Składniki:

  • 1 kg buraków
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 l warzywnego
  • 500 g śliwek świeżych lub mrożonych
  • 2 łyżki świeżego rozmaryny lub 3 łyżeczki suszonego
  • 2 łyżki świeżego tymianku  lub 3 łyżeczki suszonego
  • sól i świeżo mielony pieprz do smaku
Buraki obieramy i kroimy w kostkę. Na średnim ogniu podsmażamy na oleju pokrojone w plasterki ząbków czosnku tak, aby się delikatnie zarumieniły, ale UWAGA! – nie przypalmy, bo spalony czosnek sprawi, że zupa zrobi się gorzka. Dodajemy pokroje buraki i podsmażamy przez 7-10 minut, mieszając raz po raz. Dzięki temu delikatnie skarmelizują i nabiorą aromatu. Zalewamy bulionem, zmniejszamy ogień i gotujemy ok. 30 minut. Dodajemy śliwki, świeże lub rozmrożone i miksujemy na krem. Doprawiamy solą, pieprzem i ziołami ( jeżeli używamy suszonych ziół, możemy dodać je nieco wcześniejszej) Rozlewamy zupę do miseczek. Opcjonalnie  posypujemy ricottą z tofu.
img_0972

Wegańskie krokiety z kapustą i grzybami

img_0112

Uwielbiam gotować, choć nie wiem czy jeszcze bardziej nie kocham piec. To mój sposób na odreagowanie stresu i skupienie się na czymś innym, niż praca. Niejednokrotnie po dyżurze, zamiast pójść spać, jak to robi każdy normalny człowiek, wpadam do kuchni i zaczynam „przedstawienie”, w którym sama jestem reżyserką, scenarzystką, aktorką i na dobrą sprawę widzem. W mojej pracy na efekty czeka się długo. Muszą minąć dni, tygodnie, a czasem miesiące, aby poczuć, że to co robię działa. W kuchni jest inaczej – efekt widzi się bardzo szybko, niemal natychmiast. Może dlatego gotowanie tak mnie fascynuje i dzięki niemu nadrabiam wszelkie braki codzienności. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze – mało jest rzeczy, które są równie przyjemne, jak jedzenie, więc myślę, że warto sobie nim zaprzątać głowę w tym zawiłym życiu.

Ostatnio mam sporo zmartwień. Słabo śpię i więcej gotuję niż jem. Dziś w nocy znów się wierciłam, wpatrywała w ciemność, przewracałam z boku na bok. Mój chłopak lekko już poirytowany zapytał, czemu nie śpię. „Bo myślę…”- wyjaśniłam.  „O czym?”- pewnie spodziewał się, że odpowiem, że o pracy, a tymczasem usłyszał: „O cieście…”. Jedzenie potrafi tak bardzo zaprzątnąć moje myśli, że spędza mi sen z powiek. Już tak mam – angażuję się we wszystko, co robię i może trochę się w tym spalam, ale czerpię też ogromną satysfakcję.

Czytaj dalej

Świąteczny kisiel żurawinowy

img_0121

Już w zamierzchłych, studenckich czasach snułam teorię, że urodziłam się w niewłaściwych czasach, może miejscu, nie w tym świecie. Jestem zbyt naiwna, zbyt wrażliwa, za bardzo wierzę, że dobro i uczciwa praca mają znaczenie. Wierzę w wartości, które już dawno przestały być na czasie. Przez większą cześć swojego życia chciałam być postrzegana jako buntowniczka. Widziałam siebie jako twardą, nieustępliwą, upartą dziewuchę. Więcej w tym jednak myślenia życzeniowego, niż prawdy, bo nawet w najbardziej punkrockowym outficie jestem niczym Mark Darcy z Bridget Jones, który stoi nieporadnie na świątecznej imprezie rodziców, w swetrze z reniferem. To właśnie ja. Nawet w ufarbowanych na czarno włosach, ramonesce, miniówie i kowbojkach, w głębi duszy jestem dziewczyną w swetrze z reniferem. Jestem miękka jak kaczuszka, jestem troskliwym misiem, który walecznie i asertywnie potrafi mówić tylko do lustra. Jestem genialna w spacerowaniu w kółko po pokoju i oświadczaniu mojemu chłopakowi tonem, którego nie powstydziłaby się Mała Mi, że „ja to dopiero temu światu pokażę”. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i stanę na głowię i na niej zatańczę, jak tylko będę mogła tym komuś pomóc. Krzywda ludzi i zwierząt sprawia, że się rozpadam. Nie jestem w stanie spokojnie patrzeć, gdy widzę, że wokół mnie dzieje się coś niepokojącego. Niestety wciąż się dzieje, a ja  nie umiem sobie z tym poradzić.  Czytaj dalej

Świąteczny pudding z tapioki z makiem i pomarańczą

img_0085

Wiecie, że do Wigilii zostało 26 dni…? Wcale mnie nie dziwi, że ulice są już niemal zalane świątecznymi iluminacjami i innymi ozdobami. Ja sama mam za sobą zakup części prezentów, a wczoraj postawiłam pierwszą gwiazdkową ozdobę na stole. Przyznam, że bożonarodzeniowe dania pojawiały się u nas już w październiku, bo testowałam przepisy, które chciałabym pokazać Wam na blogu, więc na dobrą sprawę, jak dobrze policzę klimat świąt towarzyszy mi przez ćwierć roku. Uwielbiam święta. Uwielbiam świąteczne jedzenie, aromat przypraw i przede wszystkim domową rodzinną atmosferę. W tym roku Święta zaburzy mi nieco dyżur, który wypadł w Wigilię, ale miejmy nadzieję, że nadrobię w kolejne dni. Niemniej, jestem zwolenniczką, aby nie odkładać obchodów Świąt na te dwa-trzy dni, grudniowego kalendarza. Uważam, że na swój sposób świątecznie powinno się jeść przez cały miesiąc poprzedzający święta, dlatego w grudniu pijemy masala chai, zajadamy pierniki i drożdżowe ślimaki. Serwujemy słodkie kulki i aromatyczne torciki. Przygotowujemy pasztety i podajemy je z nieziemskim sosem pieczeniowymCzytaj dalej

Wegańska zupa Tom Yum z tofu

img_0105

Kiedy myślę o najbliższych wakacjach to wpadam w lekki popłoch. Ostatnio coraz bardziej nerwowo przeglądam kalendarz i nie widzę żadnej notatki z hasłem: wakacje. Myślę: „ej, co jest? To niemożliwe”. A jednak! Zarówno głowa, jak i serduszko, a nawet kręgosłup domagają się odpoczynku. A tu lipa. Pozostaje wprowadzać do codziennego gotowania nieco egzotyki i chociaż w kuchni poczuć klimat odległych, a przede wszystkim ciepłych zakątków świata… Nie żebym tak całkowicie nie lubiła jesieni i zimy, bo oczywiście dostrzegam uroki tych pór roku, ale z natury jestem jednak ciepłolubna i najzwyczajniej w świecie wiosną i latem jest mi lżej – zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Czytaj dalej

Tajska sałatka z czarnym ryżem i wegański satay z … suszonego tofu

img_0109

Może to nieco dziwne, że w Dzień Niepodległości przychodzę do Was z  tajskim jedzeniem, a może wręcz przeciwnie. W końcu w ten właśnie dzień szczególnie mocno powinniśmy promować otwarcie na inne kultury. Powinniśmy pokazywać, że Polska to przyjazne miejsce, które szanuje odmienność. Trochę na przekór ksenofobicznym nastrojom, które próbują dominować 11. listopada… W Poznaniu na szczęście jest to dzień Ulicy Św.Marcin i całe świętowanie sprowadza się do kolorowej parady i ton rogali z białym makiem. Być może powinnam przygotować wpis o Rogalach Marcińskich i zdradzić przepis na jakiś bezbłędny odpowiednik tychże, ale nic z tego. Wybaczcie, jestem zbyt leniwa.  Jeżeli chcecie zobaczyć zdjęcia rogali, których dziś kosztowałam w Pawłem to zajrzyjcie na moje profile na Facebooku lub Instagramie.  Czytaj dalej