Roślinne naleśniki po rusku

_1050187

Przeglądając ostatnio folder ze zdjęciami jedzenia natknęłam się na naleśniki po rusku, które jedliśmy kilka ładnych tygodni temu. Na jednym ze zdjęć widać, że mam jeszcze rękę w gipsie, więc musiało minąć już trochę czasu. Jak to możliwe, że przez te wszystkie lata (8!) przepis nie znalazł się jeszcze na blogu? Przecież jest genialny! Prostszy i mniej pracochłonny niż pierogi, a konkurencyjnie pyszny. Postanowiłam naprawić swój błąd i od razu z góry przepraszam za to niedopatrzenie. Czytaj dalej

Sok jabłko-mięta i reszta

_1050082

Bardzo rzadko publikuję przepisy na soki, ale jest to Wasza wina! Oczywiście żartuję, choć w dużej mierze treści, które pojawiają się na blogu, wynikają z mojej może niezbyt dokładnej, ale zawsze analizy statystyk na blogu. Sprawdzam co czytacie najchętniej oraz do jakich wpisów powracacie najczęściej. W końcu jestem tutaj przede wszystkim dla Was, a dopiero później dla siebie. Czytaj dalej

Aromatyczne, ziołowe kotlety z bobu

IMG_1134

To będzie krótki i treściwy wpis. Żadnego rozwodzenia się i rozkmin maści wszelkiej, bo paradoksalnie im więcej mam przygód, im więcej doświadczam w moim codziennym życiu i im bardziej przeżywam moją pracę, tym mniej mam czasu na to, aby Wam to opisać i podzielić się spostrzeżeniami. Dlatego dziś będzie o panu bobie, a bób to król. Król lata. Jeden z wielu, ale zawsze. Tworzący udany duet z królową fasolką szparagową. Najbardziej lubię bób podsmażony na patelni, zwyczajny – solą i pieprzem. Udany jest też bobowy hummus, który znajdziecie tutaj.

Ostatnio poeksperymentowałam z kotletami, aby podlizać się do tych, dla których obiad bez kotleta to nie obiad. Z taką ilością ziół i aromatycznych przypraw musiały wyjść pyszne. Możecie podać je na talerzu w formie obiadu, nawet bardzo klasycznego z ziemniakami i surówką. Doskonale sprawdzą się również w bułce, jako burgery z kiszonym ogórkiem, rukolą i sosem ziołowym lub BBQ. Możecie je upiec lub usmażyć, ale w zależności od wybranej opcji musicie zmodyfikować ilość bułki tartej, a więc do tych smażonych dodać jej nieco więcej.

Składniki:

  • 500 g bobu, ugotować na parze i obrać ze skórek
  • sok z jednej cytryny
  • 2 łyżki oleju (u mnie rzepakowy tłoczony na zimno o aromacie masła)
  • 3 łyżki świeżego posiekanego estragonu
  • ½ szklanki liści bazylii
  • ½ szklanki liści mięty
  • 2 łyżeczki kuminu
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżeczka soli
  • po ½ łyżeczki ostrej i słodkiej papryki
  • 1 biała posiekana cebulka
  • 80-100 g mąki z ciecierzycy
  • 50 g bułki tartej*
  • olej do smażenia

Wszystkie składniki za wyjątkiem bułki tartej i oleju, umieszczamy w kielichu blendera lub misce i miksujemy ja jednolitą masę. Masę przekładamy do miski i mieszamy z bułką tartą. Jeżeli wydaje nam się zbyt gęsta dodajmy odrobinę wody, jeżeli za rzadka – mąki z ciecierzycy.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 st.C. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Zwilżonymi rękoma formujemy  płaski kotlety – około 8-10 stuk. Układamy je na blasze, smarujemy z wierzchu odrobiną oleju i pieczemy przez około 10-15 minut, następnie delikatnie obracamy na drugą stronę, ponownie smarujemy olejem i pieczemy kolejne 5-10 minut. Gotowe.

* Jeżeli zamierzacie usmażyć kotlety na patelni zwiększcie ilość bułki tartej do około 80-100 g. Kotlety smażmy na złoty kolor z obu stron przez kilka minut. Bardzo delikatnie obracamy podczas smażenia.

IMG_1129

Tabbouleh – najpopularniejsza arabska sałatka

IMG_0350

Tabbouleh przygotowuję od wielu lat. Z reguły z głowy, opierając się na kilku przepisach, na które trafiłam dawno temu. Opracowując przepis na bloga zajrzałam na początek do książki, która jest moim ulubionym źródłem wiedzy na temat kuchni bliskowschodniej. Choć „Jerozolima” Totama Ottolenghi i Samiego Tamimi wegańska, a nawet wegetariańska nie jest, uznaję ją za jedną z lepszych pozycji kulinarnych, które mam na półce i sięgam po nią nieustannie, odkąd podarowała mi ją siostra na zeszłoroczne urodziny. Przede wszystkim jest źródłem wiedzy na temat kuchni Jerozolimy, pełna teoretycznych wskazówek, apetycznych historii o jedzeniu, jest opowieścią o tym, jak żyją obok siebie i przeplatają się ze sobą dwie kultury – arabska i żydowska. Jest dowodem na to, że kuchnia powinna łączyć nie dzielić. Uwielbiam zaczytywać się w osobiste historie, które zawarli w swojej książce autorzy. Już sama ich życiowa historia jest niesamowita – obaj urodzili się w tym samym roku w Jerozolimie – Sami w arabskiej, Yotam w żydowskiej części. Jednak spotkali się dopiero w Londynie, odkrywając, że łączy ich nie tylko miejsce urodzenia, ale miłość do kuchni i niejedna historia miasta. Czytaj dalej

Misa mocy: wiosenna z tempehem i miętową salsą verde

IMG_0197

Nawiązując do tematyki ostatnich dni powiem tak: „To moje ciało jest, to ja tutaj rządzę”. Ostatnio na moich profilach przebija się trochę polityki, ale trudno od tego uciec i trudno nie zabierać głosu w ważnych dla mnie sprawach. Nie zamierzam pozostawać  bezstronną, apolityczną, taką… jałową. Niby to blog o jedzeniu, ale nie tylko, o czym mieliście okazję przekonać się niejednokrotnie i pewnie nieraz się jeszcze zaskoczycie moimi wpisami. Nie będę drążyć i dywagować za dużo, a nawiązując do powyższego cytatu przejdę do tematu…jedzenia. Otóż zarządzając, że tak powiem, moim ciałem coraz większą uwagę poświęcam przygotowywanemu jedzeniu. Myślę, że wiele prawdy jest w powiedzeniu: „jesteś tym, co jesz”, więc staram się sięgać po proste, a zarazem zróżnicowane składniki, które trafiają do naszych potraw. Tej wiosny misy mocy, czyli popularne superbowl pojawiają się szczególnie często.Mają wiele zalet i mało wad. Są proste w przygotowaniu, a jednocześnie przepiękne i zdrowe, bo dzięki mnogości zawartych w nich składników dostarczają nam wszystkich niezbędnych substancji odżywczych i witamin. Zawsze, kiedy stawiam je na stole przychodzą mi do głowy pytania, które tak często słyszę od niewegańskich znajomych: „Co ty właściwie jesz/Skąd bierzesz białko?” i myślę o tych pełnych współczucia spojrzeniach, że biedna tak poszczę… Cóż, nie wydaj mi się. Patrząc na taką misę mam ochotę wysłać MMSa ze zdjęciem mojego obiadu do jedzącego mięso znajomego i powiedzieć: „Co ty właściwie jesz? Ja to i właśnie stąd biorę białko.”

IMG_0187

Składniki  na 4 porcje.

Składniki na tempeh z cytrynowo-rozmarynowej marynacie:

  • 200 g tempehu – ja użyłam takiego od Vegansie Food, przekroiłam każdy krążek wzdłuż, aby powstało mi 6 płatów tempehu, a następnie każdy podzielam na 4 trójkąty
  • 6 łyżek sosu sojowego
  • 6 łyżek soku z cytryny
  • 6 łyżek oliwy
  • 2 łyżki świeżych liści rozmarynu
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 2 ząbki czosnku, obrane i delikatnie rozgniecione nożem tak, aby ząbek pozostał w całości
  • 3 0,5 cm plasterki imbiru

Wszystkie składniki marynaty połączyć w misce, dodać pokrojony tempeh, wymieszać tak, aby wszystkie kawałki były pokryte marynatą. Zamknąć lub przykryć miskę/naczynie z marynującym się tempehem i odstawić na 6 godzin, a najlepiej całą noc. Zamarynowany tempeh usmażyć na odrobinie oleju lub zgrillować na patelni grillowej.

Pozostałe składniki misy:

  • 1 szklanka zielonej soczewicy, namoczona przez noc w wodzie, odsączona, przepłukana i ugotowana do miękkości w świeżej, osolonej wodzie – gotować przez około 20-25 minut
  • 2 średniej wielkości słodkie ziemniaki, obrane i pokrojone w około 0,2-0,3 cm plastry
  • 4 średnie ziemniaki, pokrojone w 0,2-0,3 cm plastry ( można w skórce)
  • 1 brokuł, podzielony na różyczki
  • pęczek rzodkiewek, pokrojonych w cienkie plasterki
  • odrobina oleju
  • odrobina soli

Soczewicę ugotować wg powyżej instrukcji, odsączyć, przepłukać pod bieżącą wodą i odstawić na bok.

W między czasie na dwóch blachach z piekarnika wyłożonych papierem do pieczenia ułożyć pokrojone w plastry ziemniaki. Posmarować je odrobiną oleju i oprószyć solą. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 st.C i zapiekać przez 20 minut lub dłużej, do czasu, aż się zarumienią. Można w międzyczasie zamienić blachy, aby ziemniaki równomiernie się upiekły.

Podzielonego na różyczki brokuła wsypujemy do rondla zalewamy wrzącą wodą, przykrywamy i pozostawiamy na 5 minut. Odsączamy w durszlaku i przepłukujemy pod zimną, bieżącą wodą.

Składniki na miętową salsę:

  • mały pęczek świeżej mięty
  • 2 łyżeczki suszonych liści kolendry
  • 1/2 łyżeczki ziaren kuminu (kminu rzymskiego)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 małe ząbki czosnku
  • 45 ml octu jabłkowego – ja użyłam octu od Veganise Food
  • 100 ml oliwy z oliwek lub innego oleju dobrej jakości

Miętę płuczemy pod bieżącą wodą. Kumin prażymy przez chwilę na suchej patelni, aż zacznie wydzielać aromat – zajmie to około 30-60 sekund, w zależności czy prażymy na małym czy dużym ogniu. Polecam na małym – zwłaszcza, gdy jesteśmy roztrzepani i łatwo możemy go przypali.

W kielichu blendera, Vitamixie lub blenderze z ostrzem typu S umieszczamy wszystkie składniki na wyjątkiem mięty i miksujemy na jednolitą emulsję. Wsypujemy liście mięty i ponownie miksujemy, aby powstała nam piękna, żywozielona salsa.

W 4 miskach rozkładamy po równo: soczewicę, brokuły, rzodkiewkę, ziemniaki i bataty oraz tempeh. Całość polewamy miętową salsą.

Gotowe.

IMG_0198

 

Obiad w 10 minut: makaron z sosem z awokado i ziół

IMG_0115.JPG

Zanim napiszę o jedzeniu, ponudzę Was niekrótkim wpisem pełnym prezmyśleń dotyczących samego blogowania.

Ostatnio coraz boleśniej odczuwam fakt, że czas nie jest z gumy. Doba wydaje się być krótsza, pomimo doniesień naukowców o tym, że wydłużyła się  o kilka… milisekund…, więc czasu na rozkminy również jest mniej, niż lata temu. Jednak nawet mi zdarza się czasami zagłębić w taki, czy inny temat. Mam bardzo mieszane uczucia, co do sensu pisania bloga, bo brakuje mi pozytywnych bodźców i płynącej z nich dobrej energii.  Pod względem blogowania rok 2015 był najbardziej szalonym i intensywnym czasem od początku 2009 roku. Choć gotuję i piszę tutaj już niemal 6,5 roku to właśnie w ciągu kilku ostatnich miesięcy wprowadziłam najwięcej zmian i podjęłam się wyzwań, o których wcześniej nie myślałam. Czytaj dalej

Pasta z orzechów włoskich, suszonych pomidorów i mięty

IMG_0093

Bardzo chciałam napisać podsumowanie minionego roku na blogu. Wyrzucić z siebie całe szczęście, ale też smutek 2015, bo nawet w moim kolorowym życiu słońce nie świeci cały czas. Podzielić wrażeniami, które miałam za sobą i nadziejami na 2016. Kiedy jednak usiadłam do pisania, zaczęłam składać słowa w zdania, uzmysłowiłam sobie, że nie jestem w stanie tego streścić. Nie umiem opisać minionych miesięcy zwięźle i lekko, tak, aby miło się to czytało i szybko skończyło.

Stary rok żegnałam w przekonaniu, że był najbardziej dynamicznym w moim życiu, a nowy witałam z poczuciem, że powali on miniony na łopatki. Wygląda na to, że zdarzeń, wyjazdów, przygód, nowych ludzi i okazji do rozwoju na wszystkich polach będzie znacznie więcej, niż dotychczas, a ja z największą przyjemnością pokażę, że można żyć aktywnie będąc jednocześnie weganką, w poszanowaniu dla innych istot żywych.  Czytaj dalej