Viva Italia: Spaghetti Aglio Olio e Peperoncino

_1030203

Pogoda w lipcu nas nie rozpieszcza. Letnie sukienki smucą się na wieszakach, a ja wciąż odkładam zakup nowego stroju, bo i po co?  W zasadzie chciałoby się rzec „w lipcu jak  w garncu”, albo „lipiec plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata”. Bez rymów brzmi to bezsensownie, choć w zasadzie zgadza się. Patrząc za okno, jadąc w deszczu rowerem lub przemykając przez kałuże podczas spaceru z Malaiką, tęsknię za włoskimi wakacjami i smakami, które kojarzą mi się w wyjazdami na południe Europy. Na przekór pogodzie, korzystając z sezonu, smażę pomidory, polewam oliwą z oliwek i posypuję bazyli i piekę aromatyczne focaccie z letnimi owocami i ziołami. Jako przekąskę przygotowuję ukochane bruschetty i w zasadzie mogłabym tak jeść przez większą część lata.  Czytaj dalej

Roślinny mac’n’cheese. Makaron z wegańskim sosem serowym

_DSC0060

Pamiętam pierwszy roślinny serowy sos, który przygotowałam. Nie wiem co ja miałam w głowie, ale podawanie przepisu na sos opierający się na roślinnym serze w Polsce pięć lat temu był raczej szaleństwem, żeby nie mówić wprost, że głupotą. Żeby było zabawniej pięć lat później, kiedy ser wegański nadal nie jest dostępny w każdym sklepie, ale jest zdecydowanie bardziej powszechny, przychodzę do Was z przepisem dużo prostszym, bo opierającym się na ziemniakach: zwykłym i słodkim. Płatki drożdżowe, które są  w mojej recepturze niezbędne nie są może jeszcze obecne w każdym super markecie, ale bez problemu znajdziecie je w sklepach internetowych oraz stacjonarnie w sklepach ze zdrową czy ekologiczną żywnością. To one, w połączeniu ze skrobią z ziemniaków sprawiają,  że nasz sos ma serowy posmak i lekko ciągnącą się konsystencję. Więc tak jak już wspomniałam niestety nie można ich w  przepisie pominąć.  Czytaj dalej

Czerwone pesto ze świeżych i suszonych pomidorów

IMG_0033

Powoli, nieco nieśmiało, ale chyba w końcu nadciąga upalne lato. Nie do końca kumam dlaczego tak czekam na tę duchotę, ale wyglądam fali upałów z utęsknieniem. Oczywiście w mieście jest trudniej, niż u rodziców na wsi, ale w każdej wolnej chwili cieszę obecną porą roku. Uwielbiam letnią kuchnię, która nawiązuje do wakacji we Włoszech i moich pierwszych kulinarnych doświadczeń, bo właśnie kuchnia Półwyspu Apenińskiego oraz indyjska  były tymi, po które sięgnęłam na początku. O ile indyjska trochę mi się znudziła  i wracam tylko do kilku sprawdzonych dań, o tyle kuchnia włoska to nieustająca przygoda – taka niekończąca się historia.

Za racji upałów proponuję Wam szybki, sezonowy obiad. Sos przygotowuje się bez gotowania składniki wystarczy po prostu zmiksować. Jeżeli zamiast makaronu pszennego wybierzecie taki z cukinii lub marchewki, przygotujecie to danie bez gotowania. Jeżeli, jak ja zdecydujecie się na tradycyjny makaron to żaden problem, bo gotowanie zajmie Wam i tak nie więcej niż 10-15 minut.

IMG_0009

Składniki na około 750-1000 g makaronu:

  • 1 kg świeżych pomidorów
  • 12 suszonych pomidorów z zalewy
  • 12 liści bazylii
  • 2 łyżki płatków drożdżowych
  • 70 g migdałów
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • sól i świeżo mielony pierz do smaku

Pomidory naciąć na krzyż i zaleć wrzątkiem. Przykryć i odstawić na około 10 minut. Migdały podprażyć na suchej patelni. Pomidory obrać ze skórki przekroić i usunąć gniazda nasienne tak, aby pozostał nam sam miąższ. W blenderze kielichowym lub ostrzem typu S umieścić świeże pomidory, migdały, pokrojone suszone pomidory, oliwę oraz liście bazylii oraz płatki drożdżowe. Zmiksować na jednolity sos. Posolić oraz doprawić pieprzem do smaku. Podawać z ulubionym makaronem.

IMG_0008

Pasta po genueńsku, czyli makaron z pesto, ziemniakami i fasolką

IMG_1041.CR2

Na zakończenie gimnazjum nauczycielka języka polskiego zadała nam do napisania pracę pod tytułem: „Moja klasa za 20 lat”. Oczywiście z perspektywy gimnazjalistki trzydziestosześciolatek wydawał się niemalże staruszkiem. Wiecie, gdzieś tam podchodzący pod emeryturę. Człowiek wyobrażał sobie, że wówczas wszystko już będzie poukładane i pokończone. Będzie po prostu żyć. Pamiętam, że opisałam siebie, jako panią doktor, mieszkającą gdzieś na południu Europy, mającą za sobą pracę „Lekarza bez granic”, z dwójką adoptowanych, afrykańskich dzieci. Oczywiście samotną i niezależną do kwadratu. Teraz, kiedy jestem w wieku, w którym do trzydziestki bliżej mi, niż dalej, trzydziestokilkulatków postrzegam oczywiście jak osoby na wskroś młode. Rozumiecie – taka czterdziestoletnia młodzież, nawiązując do numeru Dezertera. Teraz widzę, że poza planem bycia lekarzem nie za dużo z moich młodzieńczych wyobrażeń się spełniło lub spełni. Choć tak naprawdę kto wie, co mi się jeszcze przytrafi? Skąd pomysł na osadzenie siebie w realiach południowej Europy? W gimnazjum w trakcie wakacji jeździłam na kolonie do Włoch. Byłam zakochana w tamtejszym luzie, pogodzie, architekturze i oczywiście pokochałam Włoską kuchnię. Pamiętam, jak dzieciaki wracając do Polski cieszyły się na jedzenie, które nie będzie makaronem. Ja wręcz przeciwnie. Już wtedy zainspirowana smakami, które tam poznałam próbowałam odtwarzać je w domu. Włochy to piękny kraj, ale myślę, że nie mogłabym tam mieszkać stale. Choć jak już wspomniałam, kto wie, czy kiedyś nie ucieknę tam na trochę, aby nabrać dystansu, luzu i najeść się najlepszych na świecie lodów. Czytaj dalej

Koshari – niezwykłe danie kuchni egipskiej

IMG_0428

Wszyscy, którzy zaglądają tutaj regularnie wiedzą, że mam bardzo stałą częstotliwość publikowania postów. Ostatni czas jest jednak dla mnie tak zwariowany, że z trudem wygospodarowałam chwilę, aby przygotować nowy wpis. Nie byle jaki, bo z zupełnie nowym dla mnie daniem, które poznałam dzięki Pawłowi, ale o tym napiszę później.

Chciałabym się wytłumaczyć. Otóż dostaję od Was wiadomości i maile z zapytaniem dlaczego nie ma Hello Morning w konkursie Blog Roku 2015. Ci z Was, którzy pamiętają mój udział w konkursie w zeszłym roku oraz to, że znalazłam się w pierwszej dziesiątce wśród blogów kulinarnych, zastanawiali się dlaczego w tym roku odpuściłam. Już śpieszę z wyjaśnieniem. Nie jest to po prostu mój cel, ani nie jest to moje marzenie. Przed rokiem wystartowałam z nadzieją, że uda mi się wygrać wyjazd do kulinarnej szkoły Jamiego Olivera. W tym roku nie było takiej nagrody, a ja nie uważam, aby mój blog był godny nagrody. Ludzie poświęcają swoim stronom całe życie, a dla mnie to jedynie hobby, odskocznia – kiedyś od studiów medycznych, a dziś od pracy lekarza. Choć poświęcam Hello Morning sporo uwagi, kocham jak dziecko, to jednak nie czuję ostatnio potrzeby na wystawianie go w konkursach. Mam trochę inny pomysł na siebie i na stronę w tym momencie. Czuję, że nie potrzebuję konkursów, aby się spełniać jako blogerka. Absolutnie szanuję to, co osiągają Jadłonomia i Wegan Nerd, ale nie chcę podążać tą samą drogą. Ja wolę własne, jeszcze niewydeptane ścieżki. Taką mą buntowniczą naturę.

Patrząc na ostatnie czternaście miesięcy oraz to ile w tym czasie działo się w moim życiu zawodowym, udało mi się zrealizować całkiem sporo projektów jako Hello Morning. Były warsztaty w Andersia Hotel w Poznaniu, dzień kuchni autorskiej we wrocławskiej Baszcie, siedem tematycznych warsztatów w Centrum Inicjatyw Wszelkich – Zakrzowska 29 we Wrocławiu, dla poznańskiej Dobrej Kawiarni, dla Koła Gospodyń Wiejskich w Osowcu, dla seniorów w Toruniu oraz pokaz organizowany przez Vege Inicjatywę z Bielska-Białej. Na dokładkę pokaz gotowania podczas krakowskiej Veganmanii. Absolutne szaleństwo. Zwłaszcza, gdy myślę, że jestem świeżo upieczoną rezydentką. Podsumowując ten czas mam wrażenie, że chyba nie potrzebuję konkursów, aby być z siebie zadowolona, a moi bliscy mogli być ze mnie dumni.

Warsztaty i pokazy są moim oderwaniem od codzienności. Bardzo lubię spotykać się z ludźmi, wspólnie gotować i rozmawiać o kuchni, o gotowaniu, o kulinarnych możliwościach roślin. Lubię dzielić się swoim doświadczeniem, godzinami opowiadać o tym, jak to się stało, że zostałam wegetarianką, później weganką i o tym, jak weganizm dał mi impuls do założenia bloga. W sierpniu minie siedem lat odkąd Hello Morning zabiera przestrzeń w internecie. Mnóstwo czasu, mnóstwo zmian, cała masa inicjatyw, ludzi, przyjaciół, którzy byli, ale już ich nie ma i zupełnie nowych, którzy uczą mnie patrzeć na świat swoimi oczami, wnoszą nową jakość, nowe smaki, przestrzenie i miejsca. Blog dodał do mojego życia dodatkowe odcienie kolorów, których nie byłoby wokół, gdybym nie nudziła się pewnego sierpniowego popołudnia w 2009 roku…

IMG_0408

Wracając do jedzenia i przepisów… Niemal z każdej podróży przyjeżdżam do domu z głową pełną pomysłów. Inspiruję się i odtwarzam smaki z knajp, w których jadałam. Myślę, że tą nieszkodliwą przypadłością zaraziłam Pawła, więc i on, nawet gdy jeździ beze mnie, potrafi po powrocie już od progu opowiadać o tym co jadł, jak smakowało, a czasami nawet upiera się, że koniecznie powinnam przygotować to w naszej kuchni i wrzucić na bloga.  Tak właśnie było z tytułową potrawą  – Koshari. Podczas jednej z wizyt w Londynie Paweł trafił do knajpki serwującej praktycznie tylko tę jedną, egipską potrawę. Kiedy mi o niej opowiedział, zwątpiłam. Czy ryż, soczewica, ciecierzyca i makaron w jednym daniu to dobry pomysł?  Dałam się jednak przekonać i nie żałuję ani trochę, bo połączenie smaków i tekstury okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie do końca potrafię wytłumaczyć fenomen tego dania, ale niewątpliwie zasługuje na uwagę. Na pewno przy okazji wiosennego wypadu do Londynu zawitam w Koshari Street, a zanim to nastąpi kilkakrotnie przygotuję potrawę w domu. Oczywiście nie musicie podawać jej w słojach – jak ja. Na talerzu zaprezentuje się równie fascynująco. Mi zależało na tym, aby dobrze uwidocznić warstwy na zdjęciu. Rozumiecie  takie moje blogerskie zboczenie.

IMG_0431

Składniki:

  • 2 łyżki oliwy
  • 1 szklanka ryżu – u mnie basmati, przepłukanego pod bieżącą wodą
  • 1 szklanka brązowej soczewicy
  • 2 szklanki makaronu typu corals (kolanka)
  • 4 szklanki wrzątku
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka kuminu
  • 1 liść laurowy
  • sól

Na sos:

  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 mała cebulka, posiekana w drobną kosteczkę
  • 2 ząbki czosnku, drobno posiekane lub przeciśnięte przez praskę
  • ok. 680 g passaty pomidorowej
  • 2 łyżeczki przyprawy baharat
  • 1/4 łyżeczki płatków chili (można pominąć, jak nie przepada się za ostrym)
  • 1 łyżka octu winnego
  • sól i pieprz do smaku
  • prażona cebulka do posypania ( do dostania w supermarketach)
  • 1 puszka ciecierzycy

Przepłucz soczewicę pod bieżącą wodą. Umieść w rondelku. Wlać 2 szklanki zimnej wody, dodać 1/2 łyżeczki soli, czosnek, kmin i liść laurowy. Doprowadzić do wrzenia i gotować na małym ogniu przez około 20-30 minut, do czasu, aż ziarna zmiękną. Wyciągnij liść laurowy i odlej nadmiar płynu, jeżeli pozostał.

W rondlu rozgrzej oliwę z oliwek. Wsyp ryż i podsmażaj na średnim ogniu przez około 2 minuty raz po raz mieszając, aby nie przywarł. Wlej dwie szklanki wrzącej wody, dodaj około 1/2 łyżeczki soli i gotuj na małym ogniu przez około 10 minut.

Ugotuj  makaron wg instrukcji podanej na opakowaniu.

Ugotowaną soczewicę wymieszaj z ryżem i pozostaw pod przykrywką, aby nie wystygły.

Przygotowujemy sos: na patelni rozgrzewamy olej i dodajemy cebulkę, którą smażmy na małym ogniu do czasu aż stanie się miękka – około 5-7 minut.Dodajemy czosnek i smażymy z cebulką przez około 2 minuty. Następnie dodajemy przyprawy – baharat i płatki chili. Przesmażamy przez chwilę z cebulką, aby uwolniły aromat. Wlewy ocet i redukujemy go przez minutę. Na koniec dodajemy passatę. Mieszamy, zmniejszmy ogień na minimum i gotujemy pod pokrywką przez około 20 minut.  Co jakiś czas mieszamy. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem.

Układamy warstwowo: ryż z soczewicą, makaron, odrobinę odsączonej ciecierzycy, sos polewamy na sam koniec. Wierz posypujemy ciecierzycą i prażoną cebulką.

IMG_0423