Letnia sałatka z komosą ryżową i fasolką szparagową oraz bazyliowym sosem

 

_1040185

Uwielbiam książki kucharskie, choć traktuję je raczej jako inspirację. Bardzo rzadko gotuję kropka w kropkę z przepisem, bo zazwyczaj dodaję do receptury coś od siebie. Często modyfikuję przepisy zamieniając użyte produkty na takie, które akurat mam pod ręką, bo uwierzcie, chodzenie cały dzień po sklepach i targowiskowych, w poszukiwaniu potrzebnych produktów do przepisu nie leży w mojej naturze. Z jednym wyjątkiem. Kiedy sama wymyślę jakieś odjechane danie jestem gotowa poświęcić swój czas i energię na dobór składników. Tutaj nie lubię chodzić na kompromisy. Gotując  cudzych przepisów nie szaleję. Po prostu modyfikuję pod siebie.

Tak było i tym razem.

Niedawno dostałam o starszej siostry w ramach prezentu urodzinowego książkę „Eat Vegan”. Kolejna kulinarna pozycja do mojej niemałej już kolekcji. Nie dość, że jestem lekarką i podręczniki medyczne ważą chyba z tonę, to jeszcze na domiar złego wybrałam hobby, które sprawia, że półki uginają się pod ciężarem rozmaitych albumów kulinarnych. Mój chłopak widząc kolejną paczkę z księgarni jest lekko przerażony myślą o wyprowadzce, która czeka nas prędzej czy później. Czytaj dalej

Wegańska lekarka na dyżurze. Co jem pełniąc dyżur w szpitalu?

_1030414
Na zdjęciu widać przykładowy zestaw, jaki przygotowałam sobie kiedyś do pracy. Na zdjęciu nie pojawiły się dwie kromki razowego chleba z ziarnami, którym zagryzałam sałatkę oraz jogurt migdałowy bez dodatku cukru firmy Provamel ( 500 g)

Jestem lekarskim dzieckiem. W dodatku praktycznie wychowałam się na serialach takich jak Ostry Dyżur i Chirurdzy, więc praca lekarza zawsze jawiła się jako wieczna gonitwa. Nie myliłam się bardzo w ocenie sytuacji. Oczywiście jest cale mnóstwo angażujących zawodów, choć nie wszystkie wymagają takiej przytomności oraz tak silnej interakcji z drugim człowiekiem, co praca lekarza. W moim odczuciu jest to bardzo wyczerpujące i niestety wypalające. Po wyjściu z pracy, kiedy mam chwilę dla siebie spotkania z ludźmi miareczkuję niemal z aptekarską precyzją. Po pracy lubię być sama. Choć nie wykluczam, że wynika to też z mojego charakteru, bo nigdy nie byłam i nie chciałam być królową towarzystwa.

Praca w polskim systemie opieki zdrowotnej to katorga. Wszyscy pocieszają, że kiedyś to się uspokoi, ale jak na razie jest wręcz przeciwnie, bo spirala nakręca się, a ja nie potrafię wyjść z wiru pracy,  który wpadałam.

Kiedy studiując, myślałam o sobie za lat kilka, wiedziałam, że czeka mnie dyżurowanie. Raczej od zawsze zakładałam, że będę robić specjalizację z czegoś, co wymaga tzw. „brania dyżurów” i zostawania w pracy na 24h. Nie miałam pojęcia, że rzadko kończy się to na 24 h… Lubię pracę lekarza, choć system, w którym przyszło  funkcjonować  i kształcić się do zawodu nie jest przyjazny. Mam wrażenie, że eksploatacja lekarzy trwa w najlepsze i nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, że może mniej zajechani posłużmy światu i ludziom dłużej, lepiej, skuteczniej. Myślę, że prędzej czy później mój organizm sam powie stop. No dobrze, ale dość narzekania, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Kocham moją pracę i prędzej zmienię kraj niż zawód. Czytaj dalej

Sałatka z ziemniakami, szparagami i chrzanem

tP1000445

Sałatki to nie jest moja domena. Zresztą przeglądając bloga nie natkniecie się na zbyt wiele receptur na nie. Nic dziwnego. W końcu jestem ekspertką od ciasta drożdżowego, tofurników i burgerów. Do tych dań mam wrodzoną smykałkę. Cała reszta potraw, które możecie u mnie spotkać to była terra incognita, którą powoli odkrywałam i niejednokrotnie, zanim pojawiły się na blogu przerabiałam je na sto sposobów. Są oczywiście też i takie, które zrobiłam raz i były idealne od samego początku. Tak było z tą sałatką. Dodam, że jak na ironię najbardziej popularnym przepisem w historii mojego bloga po przeniesieniu pod aktualny adres jest …. sałatka, a dokładnie Tabbouleh… Przed warsztatami kulinarnymi, które poprowadziłam w ramach imprezy „W te pędy” w poznańskiej Concordia Design szukałam pomysłu na dania pasujące do tytułu warsztatów: „Mocne korzenie”.  W jednej z moich ulubionych książek „The Green Kitchen. Zielono i zdrowo” , wspaniałych Davida Frenkiela i Luise Vindal, autorów bloga The Green Kitchen, natknęłam się na sałatkę z ziemniakami i dressingiem chrzanowym. Od razu przypadła mi do gustu, bo znalazły się w niej aż dwa warzywa korzeniowe. Rzadko gotuję z cudzych przepisów, częściej się jedynie inspiruję i dania przerabiam na swój styl. Teraz nie mogło być inaczej. Groszek cukrowy zastąpiłam szparagami i dodałam od siebie jeszcze więcej korzeni – rzodkiewki. Sałatka jest pyszna, absolutnie wiosenna  i orzeźwiająca. Idealna do grilla i na lunch do pracy. W domu podałam ją z pieczonym tofu, ale nawet sama jest idealna.  Czytaj dalej

Wegański śledź po kaszubsku

img_0348

Bakłażany w occie a’la śledź to jeden z tegorocznych, grudniowych hitów na moim blogu. W sumie z kim nie rozmawiam to słyszę deklaracje, że za czasów, kiedy jeszcze jadali mięso, nie lubili śledzi. Skąd w takim razie takie zainteresowanie roślinną wariacją na jego temat? Nie mam pojęcia. Mnie samą do takich poszukiwań w minionym roku namawiały uczestniczki warsztatów roślinnej kuchni bożonarodzeniowej. Odkąd jestem weganką przechodziłam rozmaite gwiazdkowe fazy. Były lata, gdy gotowałam bardzo innowacyjnie, a więc pojawiały się boczniaki w migdałach, pieczarki nadziewane tofu i ziołami, czy też sushi po grecku czyli nori faszerowane nadzień a’la ryba po grecku. Może po latach kombinowania przyszedł czas na romans z tradycją.

Czytaj dalej

Bakłażany a’la śledzie w occie

img_0029

Bakłażany  a’la śledzie w occie to przepis, który przyszedł mi do głowy kilka lat temu, ale musiał długo dojrzewać w moim pokręconym umyśle, aby doczekać się realizacji. Oj długo… Z wegańskimi „śledziami” spotykałam się dotychczas w trzech odsłonach. Pierwszy sposób to kotlety sojowe w occie, które absolutnie nie przypadły mi do gustu. Drugie to boczniaki, które dość często przewijają się w internecie, jako przykład bezrybnego-rybnego dania. U Wegan Nerd znajdziecie wersję z tofu w occie i myślę, że to też może być całkiem niezła alternatywa. Ja sama z morskimi smakami eksperymentowałam nieco na blogu i tak: pod starym adresem bloga znajdziecie przepis na selerybę, sushi po grecku,  wigilijną zupę rybną mojej babci oraz na szwedzkie bułeczki z roślinnym kawiorem z Ikea. Pod nowym adresem znajdziecie przepis na „rybne” kotleciki inspirowane „Jerozolimą” oraz bliny gryczane z roślinnym kawiorem z tapioki. Trochę się tego zebrało…. Czytaj dalej

Jesienna surówka z jarmużem, dynią i gruszkowym winegret

img_0168

Nie publikuję zbyt często przepisów na sałatki i surówki, bo po pierwsze wpisy te nie cieszą się zbyt dużym zainteresowaniem z Waszej strony, po drugie nie chcę utwierdzać świata w przekonaniu, że weganizm to jedzenie sałatek.

Sama lubię sałatki i surówki, a w moim rodzinnym domu było inaczej niż w statystycznej rodzinie, tzn. nigdy nie słyszałam, że mam  zjeść chociaż mięso i to surówki oraz warzywa były priorytetem na talerzu. Zresztą moja mama zawsze ze zdumieniem patrzy na dzieci, które nie jedzą warzyw, bo podobno z nami zupełnie nie miała takiego problemu… Być może więc roślinożerność jest mi pisana i tyle.  Czytaj dalej

Tabbouleh – najpopularniejsza arabska sałatka

IMG_0350

Tabbouleh przygotowuję od wielu lat. Z reguły z głowy, opierając się na kilku przepisach, na które trafiłam dawno temu. Opracowując przepis na bloga zajrzałam na początek do książki, która jest moim ulubionym źródłem wiedzy na temat kuchni bliskowschodniej. Choć „Jerozolima” Totama Ottolenghi i Samiego Tamimi wegańska, a nawet wegetariańska nie jest, uznaję ją za jedną z lepszych pozycji kulinarnych, które mam na półce i sięgam po nią nieustannie, odkąd podarowała mi ją siostra na zeszłoroczne urodziny. Przede wszystkim jest źródłem wiedzy na temat kuchni Jerozolimy, pełna teoretycznych wskazówek, apetycznych historii o jedzeniu, jest opowieścią o tym, jak żyją obok siebie i przeplatają się ze sobą dwie kultury – arabska i żydowska. Jest dowodem na to, że kuchnia powinna łączyć nie dzielić. Uwielbiam zaczytywać się w osobiste historie, które zawarli w swojej książce autorzy. Już sama ich życiowa historia jest niesamowita – obaj urodzili się w tym samym roku w Jerozolimie – Sami w arabskiej, Yotam w żydowskiej części. Jednak spotkali się dopiero w Londynie, odkrywając, że łączy ich nie tylko miejsce urodzenia, ale miłość do kuchni i niejedna historia miasta. Czytaj dalej