Letnia sałatka z komosą ryżową i fasolką szparagową oraz bazyliowym sosem

 

_1040185

Uwielbiam książki kucharskie, choć traktuję je raczej jako inspirację. Bardzo rzadko gotuję kropka w kropkę z przepisem, bo zazwyczaj dodaję do receptury coś od siebie. Często modyfikuję przepisy zamieniając użyte produkty na takie, które akurat mam pod ręką, bo uwierzcie, chodzenie cały dzień po sklepach i targowiskowych, w poszukiwaniu potrzebnych produktów do przepisu nie leży w mojej naturze. Z jednym wyjątkiem. Kiedy sama wymyślę jakieś odjechane danie jestem gotowa poświęcić swój czas i energię na dobór składników. Tutaj nie lubię chodzić na kompromisy. Gotując  cudzych przepisów nie szaleję. Po prostu modyfikuję pod siebie.

Tak było i tym razem.

Niedawno dostałam o starszej siostry w ramach prezentu urodzinowego książkę „Eat Vegan”. Kolejna kulinarna pozycja do mojej niemałej już kolekcji. Nie dość, że jestem lekarką i podręczniki medyczne ważą chyba z tonę, to jeszcze na domiar złego wybrałam hobby, które sprawia, że półki uginają się pod ciężarem rozmaitych albumów kulinarnych. Mój chłopak widząc kolejną paczkę z księgarni jest lekko przerażony myślą o wyprowadzce, która czeka nas prędzej czy później. Czytaj dalej

Satay z kalafiora, czyli wegański pomysł na grilla

35675367835_02b1516afe_o

Przepadłam. Jak kamień w wodę. Myślałam, że czerwcu zasypię Was masą przepisów na pyszne, piękne i apetyczne letnie jedzenie, a tym czasem niemal zniknęłam. Ech… Ile to już razy moje wyobrażenia o życiu rozmijały się z rzeczywistością…? Miliard chyba będzie. Czerwiec upłynął błyskawicznie, a większość dobroci, które rodziły się w mojej kuchni zasłużyła co najwyżej na zdjęcie na Instagramie. Może lipiec będzie bardziej przyjazny?  Zapewniam, że pomysłów mam po pachy i liczę, że kosmos będzie mi sprzyjać. Pojawią się też nowe filmy i trochę postów bardziej do czytania, niż gotowania.  Trochę egzystencjalnego bełkotu. Dziś na przykład Pani sprzedająca mi poziomki na rynku zapewniała, że dzieci będą się cieszyć zrywając owoce prosto z krzaczka. Jakie dzieci? – pomyślałam – Czy wyglądam na matkę? Przecież w klubach wciąż pytają mnie o dowód. Matko Boska Roślinna ratuj! Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem tej niewybaczalnej pomyłki był fakt, że poszłam na ryneczek prosto z dyżuru i być może wyglądałam na styraną życiem. W końcu realnym mamom daleko do wypoczętych, pięknie ubranych i nieskazitelnie umalowanych i uczesanych „InstaMamuś”. Nim się rozpędzę zacznę pisać na temat, o którym pojęcie mam raczej blade, płynnie przejdę do tematu jedzenia. Dziś serwuję kalafior  w formie szaszłyków. Trochę na styl tajskiego satay. Nie jest to zresztą pierwszy satay na moim blogu, natomiast z dużo prostszych składników, niż poprzednik. Już dawno czaiłam się na ten pomysł, ale czekałam na lato, czyli czas, kiedy kalafior jest najlepszy, najsmaczniejszy i najtańszy. W końcu taka jest kuchnia roślinna. Prosta i wykonana z sezonowych składników. Tutaj nie potrzeba nam wielce wydumanych produktów, aby stworzyć coś nieziemsko pysznego. Czasami warto dać szansę tym najprostszym warzywom, w końcu z ziemniaków możemy przygotować sos serowy, a z czerwonej kapusty i słonecznika przepyszne pestoCzytaj dalej

Gnocchi w sosie marinara

_1020419

Za oknem zrobiło się lato. Z żalem myślę o nieuchronnie nadciągającym tygodniu pracy, podczas którego tak trudno znaleźć chwilę dla siebie i dla bliskich. Brakuje czasu na relaks i wakacyjną beztroskę. Trzeba sobie jakoś poradzić. Dla mnie najlepszą odpowiedzią na wszystko jest jedzenie. Uwielbiam cały proces przygotowywania jedzenia – od zakupu produktów, przez gotowanie, po oczywiście konsumowanie tego, co się wyczarowało. Jedzenie jest sposobem na świętowanie, ale też moja terapią zajęciową. Często jedynym sposobem na to, aby nie dać się zwariować. Potrafię przygotować naprawdę pyszny obiad w 15 minut, ale zdarza mi się gotować godzinami. W tym czasie rozmyślam i układam sobie od nowa świat w głowie. Gotując widzę natychmiastowe efekty swojej pracy, jest to dla mnie akt twórczy i sposób na rozładowanie. Może gdybym umiała dobrze grać na jakimś instrumencie tworzyłabym muzykę, albo gdybym malowała przelewałabym swoje nastoje na płótno. Niestety umiem tylko gotować, więc jest to jedyny sposób na wyrażenie siebie, swoich emocji, nastrojów, uczyć.  Czytaj dalej

Wiosenny sok z rabarbarem i botwinką. Test wyciskarki G21 Chamber.

_1020022

Zawsze, kiedy prowadzę warsztaty lub pokazy gotowania, uczestnicy i uczestniczki pytają jaki sprzęt jest niezbędny w kuchni roślinnej. Nie jestem oryginalna w tym względzie i zawsze jako pierwszy wskazuję oczywiście blender. Niekonieczne od razu namawiam do zakupu wysokoobrotowego blendera kielichowego, choć polecam takie urządzenia pasjonatom kuchni i gotowania, perfekcjonistom i perfekcjonistkom, które zawsze muszą mieć wszystko idealne – gładkie i aksamitne. Sama z takich sprzętów korzystam i bardzo sobie je chwalę. Wyciskarka do soków w hierarchii niezbędności zawsze stała nieco niżej. Do czasu, aż nie zagościła w naszej kuchni. Zmiksowałam przy jej pomocy tyle dobrych soków, których nie udało mi się wcześniej nigdzie spróbować. Czytaj dalej

Zupa szczawiowa. Wegańska

_1020113

„Tradycyjne” zupy gotuję rzadko. W zasadzie prawie nigdy. Za to za dzieciaka, w moim rodzinnym domu, takie zupy pojawiały się na stole bardzo często. Myślę, że był to prosty sposób na nakarmienie czwórki dzieci. Przygotowanie wymagało jednego garnka i w dodatku prosto i w miarę bez uszczerbku na smaku można było je odgrzać. W moim własnym domu z zup najczęściej pojawiają się te inspirowane kuchnią azjatycką lub afrykańską, a w upalne dni rozmaite wersje gazpacho. Choć czasami dopada mnie ochota na dobrą pomidorówkę z makaronem lub ryżem, kapuśniaczek, grzybową czy zupę ogórkową. Nie wzgardzę też botwinką, kremem dyniowym lub buraczanym. Jak sami widzicie jakoś się z tymi zupami „dogadałam”.  Na studiach często gotowałam rozmaite wersje minestrone lub włoską zupę z ciecierzycą.  Czytaj dalej

Sałatka z ziemniakami, szparagami i chrzanem

tP1000445

Sałatki to nie jest moja domena. Zresztą przeglądając bloga nie natkniecie się na zbyt wiele receptur na nie. Nic dziwnego. W końcu jestem ekspertką od ciasta drożdżowego, tofurników i burgerów. Do tych dań mam wrodzoną smykałkę. Cała reszta potraw, które możecie u mnie spotkać to była terra incognita, którą powoli odkrywałam i niejednokrotnie, zanim pojawiły się na blogu przerabiałam je na sto sposobów. Są oczywiście też i takie, które zrobiłam raz i były idealne od samego początku. Tak było z tą sałatką. Dodam, że jak na ironię najbardziej popularnym przepisem w historii mojego bloga po przeniesieniu pod aktualny adres jest …. sałatka, a dokładnie Tabbouleh… Przed warsztatami kulinarnymi, które poprowadziłam w ramach imprezy „W te pędy” w poznańskiej Concordia Design szukałam pomysłu na dania pasujące do tytułu warsztatów: „Mocne korzenie”.  W jednej z moich ulubionych książek „The Green Kitchen. Zielono i zdrowo” , wspaniałych Davida Frenkiela i Luise Vindal, autorów bloga The Green Kitchen, natknęłam się na sałatkę z ziemniakami i dressingiem chrzanowym. Od razu przypadła mi do gustu, bo znalazły się w niej aż dwa warzywa korzeniowe. Rzadko gotuję z cudzych przepisów, częściej się jedynie inspiruję i dania przerabiam na swój styl. Teraz nie mogło być inaczej. Groszek cukrowy zastąpiłam szparagami i dodałam od siebie jeszcze więcej korzeni – rzodkiewki. Sałatka jest pyszna, absolutnie wiosenna  i orzeźwiająca. Idealna do grilla i na lunch do pracy. W domu podałam ją z pieczonym tofu, ale nawet sama jest idealna.  Czytaj dalej

Proste chili sin carne. Chili con tempeh

img_0274
Dzisiaj zabieram Was na wycieczkę za Odrę.
W Berlinie znajdują się dwie miejscówki z meksykańskim jedzeniem, które czczę i wielbię. No dobra, może nie jest to do końca meksykańska kuchnia, a bardziej Tex-Mex, ale to bez żadnego znaczenia, kiedy jedzenie jest przepyszne. Pierwsza nazywa się Burrito Baby  i położona jest w dzielnicy Neukölln. Trafiłam tam nieco przypadkiem w trakcie jednej z moich gastro-wycieczek do stolicy Niemiec, kiedy po przejrzeniu bloga poświęconego Berlinowi, Still in Berlin, którego gorąco Wam polecam, natknęłam się na recenzję tego miejsca. Pomimo, że mieliśmy za sobą ucztę w Let It Be, postanowiliśmy skusić się jeszcze na burrito, a właściwie BURRITO, bo rozmiar zaserwowanego dania był bardzo konkretny. Miejsce jest raczej niewielkie, więc wiązało się to z oczekiwaniem na stolik na ławce przed knajpą w grudniowy, mroźny wieczór, ale było warto, bo w zaserwowanym nam jedzeniu zgadzało się dosłownie wszystko.

Czytaj dalej