Wegańskie drożdżówki z czekoladą

IMG_0155

Jakby to powiedziała moja Babcia – mam smykałkę do ciasta drożdżowego. Lubię ciasto drożdżowe, a ciasto drożdżowe lubi mnie. Wypieki to sposób na odreagowanie stresu dnia codziennego i niejednokrotnie po kolejnej porcji zdjęć drożdżówek na moim Instagramie, można wnioskować, że mam za sobą czas pełen wrażeń. Mieszanie i ugniatanie ciasta najzwyczajniej w świecie mnie uspokaja, a zapach ciepłej drożdżówki wypełniający mieszkanie sprawia, że robi się domowo na wskroś. Można poczuć się dobrze i bezpiecznie. Dlatego ilekroć świat daje mi popalić, tylekroć w domu pojawiają się bułeczki, drożdżówki, chlebki, pizze, focaccie, ślimaczki z nadzieniem słodkim i wytrawnym.  Czytaj dalej

Różane drożdżówki niezgody. Wegańskie zawijańce z konfiturą z płatków róży

_DSC0016

Dzisiejszy przepis na różowe zawijańce drożdżowe, powstałe dzięki inspiracji recepturą z niezwykle pięknego bloga Candy Company, to ciastka niezgody. Kiedy ich zdjęcia zaczęły pojawiać się na moich profilach społecznościowych, odbiorcy i odbiorczynie moich publikacji natychmiast ruszyły z odsieczą – „wyglądają obrzydliwie jak mięso”. Podzielili się na tych, którzy wiedzą  w nich  mięso i na tych, którzy dopatrują się w nich odchodów jednorożca. Ja sama poczułam się tak, jakbym właśnie zdradziła swój weganizm. Jakbym co najmniej pochłonęła jakieś zwierzę. Z tym, że ja nie widziałam w nich mięsa… Może dlatego, że jest to dla mnie zbyt odległy i abstrakcyjny temat?  A może dlatego, że ostatnie mięso z jakim miałam bezpośrednio do czynienia było ludzkie mięso, zatopione w formalnie na zajęciach z anatomii? No dobra jeszcze na medycynie sądowej i praktykach wakacyjnych też się napatrzyłam na ludzką tkankę mięśniową, dziękując wówczas losowi szczególnie za bycie weganką. W końcu ta zwierzęca – ptaków czy ssaków, które większość jada, nie różni się specjalnie od ludzkiej.

Mam nadzieję, że nikt po tym wyznaniu nie puścił pawia na monitor. Gwoli ścisłości – szalenie szanuję zwłoki osób, które oddały swoje pośmiertne ciało do uczelnianych prosektoriów, umożliwiając studentom i studentkom naukę. Kształcą kolejne pokolenia lekarzy.  Czytaj dalej

Afrykańskie pączki – kokosowe mandazi

IMG_0240.JPG

Mandazi, czyli kenijski i tanzański przysmak śniadaniowy to coś pomiędzy znanymi nam pączkami, donutami i racuchami. W Afryce serwuje się ja na śniadanie, ale z powodzeniem możemy podać je na deser. Po raz pierwszy usłyszałam o nich od mojego szwagra, który właśnie z tamtych rejonów świata podchodzi i wypróbowałam już co najmniej kilka przepisów.  Mandazi pojawiały się dwukrotnie na blogu pod starym adresem, ale zagościły też tutaj. Dokładnie rok temu zapraszałam na mandazi bananowe. Niemniej receptura do, której wracam najchętniej to ta ze starej strony. Mandazi w kokosem, dzięki wiórkom kokosowym i mące ryżowej są delikatnie chrupiące, ale jednocześnie puszyste i mięciutkie. Czytaj dalej

Paprykowy ser z nerkowców i słonecznika i recenzja książki „Wegan Nerd. Moja roślinna kuchnia”

IMG_0190-001.JPG

Strasznie długo zbierałam się z napisaniem recenzji książki Wegan Nerd. Zwlekałam, odkładałam wpis na później. Myślałam sobie: „cholera, Magda, tak gardzisz tymi wszystkimi nieobiektywnymi recenzjami na blogach i za nic nie uda Ci się spojrzeć na książkę Ali krytycznie”. Nienawidzę kolesiostwa, męczą mnie kółka wzajemnej adoracji i promowanie czegoś, co jest słabe z powodu zażyłości lub sentymentu do samego autora czy autorki. Nie znoszę ściemy, a obecnie większość recenzji jest ustawiona.  Mój chłopak się nawet ostatnio śmiał, że przeze mnie nie uwierzy  w żadną opinię w internecie i nie spojrzy na zdjęcie na instagramie inaczej niż jak na reklamę.

Zwlekłam tak długo, że już zapewne moja recenzja jest psu na budę, bo już wszyscy macie książkę Ali Rokickiej w domach. Być może właśnie jesteście w szale gotowania jakiegoś wegannerdowego dania,  ale jakby ktoś się jeszcze wahał, rozwieję wątpliwości. Tak myślę. Czytaj dalej

Proste chili sin carne. Chili con tempeh

img_0274
Dzisiaj zabieram Was na wycieczkę za Odrę.
W Berlinie znajdują się dwie miejscówki z meksykańskim jedzeniem, które czczę i wielbię. No dobra, może nie jest to do końca meksykańska kuchnia, a bardziej Tex-Mex, ale to bez żadnego znaczenia, kiedy jedzenie jest przepyszne. Pierwsza nazywa się Burrito Baby  i położona jest w dzielnicy Neukölln. Trafiłam tam nieco przypadkiem w trakcie jednej z moich gastro-wycieczek do stolicy Niemiec, kiedy po przejrzeniu bloga poświęconego Berlinowi, Still in Berlin, którego gorąco Wam polecam, natknęłam się na recenzję tego miejsca. Pomimo, że mieliśmy za sobą ucztę w Let It Be, postanowiliśmy skusić się jeszcze na burrito, a właściwie BURRITO, bo rozmiar zaserwowanego dania był bardzo konkretny. Miejsce jest raczej niewielkie, więc wiązało się to z oczekiwaniem na stolik na ławce przed knajpą w grudniowy, mroźny wieczór, ale było warto, bo w zaserwowanym nam jedzeniu zgadzało się dosłownie wszystko.

Czytaj dalej

Najlepszy wegański bigos Pawła

img_0111

– Ugotujesz bigos na bloga?

– Pewnie. Przygotuję…

Temat tak się rozwlekł i przeciągnął w czasie, że koniec końców Paweł sam ugotował i nie zrobiłabym tego lepiej. Z prostej przyczyny. Nie wiem czy kiedykolwiek jadłam tradycyjny bigos. Jako dziecko nie lubiłam mięsa, a wszelkich kiełbas i boczku nie znosiłam. Kiedy jako mała dziewczynka w schronisku w Dolinie Kościeliskiej dostałam do zjedzenia fasolkę po bretońsku, która okazała się być z kiełbasą i boczkiem (jak to fasolka po bretońsku, tyle, że kilkuletnia Maddy nie miała o tym pojęcia….) dostałam takiej histerii, że jestem święcie przekonana, że przepłoszyłam wszystkie zwierzęta w Tatrzańskim Parku Narodowym. No i jest to jedna z ulubionych anegdotek podczas rodzinnych imprez, dowodząca temu, jakim okropnym dzieckiem byłam. Dla mnie jest co najwyżej dowodem na to, że od zawsze predysponowałam do bycia weganką. Czytaj dalej

Wegańskie chruściki, czyli faworki bez jaj

img_0051

W tym roku mieliśmy jeść jeszcze mniej słodyczy niż dotychczas i nawet popełniłam w tym kierunku pewne kroki. Zamówiłam górę orzechów i suszonych owoców, które zamierzam przerobić na batoniki, kulki pomocy, granole. Jednak mamy karnawał, czas kiedy pączki i chruściki wiodą prym. W zeszłym roku pokazywałam Wam alternatywy w postaci churros i mandazi. W tym roku stawiam na klasykę. Na pierwszy ogień idą chruściki, czyli inaczej faworki. To mąka, cukier i tłuszcz, więc fani zdrowego jedzenia będą niepocieszeni.  Na szczęście z podanych przeze mnie proporcji  nie wychodzi ich dużo, więc grzech będzie co najwyżej malutki.  Zapijcie je smoothie z jarmużu i będzie dobrze. Oczywiście żartuję. Faworki można zapijać tylko czarną kawą lub herbatą. 🙂 Przygotowała chruściki, bo niestety jest to mój comfort food. Nie wiem jak to się stało, ale nie jest nim smoothie z jarmużu. 😉 Moja mama raczej nie gotuje i nie piecze za dużo, ale chruściki były czymś, co w okresie karnawału w domu pojawiało się regularnie, serwowane co niedzielę do popołudniowej kawy. Znikały z talerza w okamgnieniu, bo jak wiadomo takie świeżutkie są najlepsze. Nic dziwnego, że od czasu do czasu po nie sięgam. To nie rozsądek, to podróż w czasie. Coś w rodzaju magdalenek z książki „W poszukiwaniu straconego czasu”.

Czytaj dalej