Wypieki i słodycze

Wegańskie jagodzianki

IMG_0180

Ostatni czas spędziłam w rodzinnym domu, co wieczór kiedy za oknem szalał tylko deszcz i wiatr, wraz z moimi małymi siostrzenicami zabierałam się za przygotowanie kolejnych partii jagodzianek, które tego lata upodobałam sobie szczególnie. Będąc w Poznaniu piekę niewiele, głównie dlatego, że nie ma komu tego jeść, natomiast w moim rodzinnym domu jest całkowicie odwrotnie. Z reguły osób jest tyle, że właściwie połowa wypieków znika jeszcze ciepła. Dla mnie każdy wyjazd w rodzinne strony jest podróżą sentymentalną. Pamiętam wakacje, kiedy niemal codziennie wypiekałam rogaliki drożdżowe i chałki na śniadanie dla całej rodziny. Miałam swoją ulubioną, totalnie oldskulową książkę o kuchni żydowskiej, do której zaglądałam szczególnie często. Na przemian przeglądałam też książki z kuchnią świata i polską. Kombinowałam z przepisami. Zawsze starałam się dodać coś od siebie i ta przypadłość towarzyszy mi do dziś. Pamiętam sporo mało udanych eksperymentów, ale też swoje pierwsze kulinarne sukcesy.

Uwielbiam wyrabiać ciasto drożdżowe na stole prababci Julianny, stole przy którym zjedliśmy niezliczoną ilość posiłków, przy którym dyskutujemy, śmiejemy się i kłócimy. Jak to w rodzinie. Czytaj dalej „Wegańskie jagodzianki”

Lunch/obiad

Czerwone pesto ze świeżych i suszonych pomidorów

IMG_0033

Powoli, nieco nieśmiało, ale chyba w końcu nadciąga upalne lato. Nie do końca kumam dlaczego tak czekam na tę duchotę, ale wyglądam fali upałów z utęsknieniem. Oczywiście w mieście jest trudniej, niż u rodziców na wsi, ale w każdej wolnej chwili cieszę obecną porą roku. Uwielbiam letnią kuchnię, która nawiązuje do wakacji we Włoszech i moich pierwszych kulinarnych doświadczeń, bo właśnie kuchnia Półwyspu Apenińskiego oraz indyjska  były tymi, po które sięgnęłam na początku. O ile indyjska trochę mi się znudziła  i wracam tylko do kilku sprawdzonych dań, o tyle kuchnia włoska to nieustająca przygoda – taka niekończąca się historia.

Za racji upałów proponuję Wam szybki, sezonowy obiad. Sos przygotowuje się bez gotowania składniki wystarczy po prostu zmiksować. Jeżeli zamiast makaronu pszennego wybierzecie taki z cukinii lub marchewki, przygotujecie to danie bez gotowania. Jeżeli, jak ja zdecydujecie się na tradycyjny makaron to żaden problem, bo gotowanie zajmie Wam i tak nie więcej niż 10-15 minut.

IMG_0009

Składniki na około 750-1000 g makaronu:

  • 1 kg świeżych pomidorów
  • 12 suszonych pomidorów z zalewy
  • 12 liści bazylii
  • 2 łyżki płatków drożdżowych
  • 70 g migdałów
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • sól i świeżo mielony pierz do smaku

Pomidory naciąć na krzyż i zaleć wrzątkiem. Przykryć i odstawić na około 10 minut. Migdały podprażyć na suchej patelni. Pomidory obrać ze skórki przekroić i usunąć gniazda nasienne tak, aby pozostał nam sam miąższ. W blenderze kielichowym lub ostrzem typu S umieścić świeże pomidory, migdały, pokrojone suszone pomidory, oliwę oraz liście bazylii oraz płatki drożdżowe. Zmiksować na jednolity sos. Posolić oraz doprawić pieprzem do smaku. Podawać z ulubionym makaronem.

IMG_0008

Bez kategorii

Wegańska szarlotka z papierówkami

IMG_0060.CR2.jpg
Czasami myślę sobie, że gdyby mogła usiąść do pisania bloga rano, po przebudzeniu to, nieskromnie mówiąc, byłby on jednym z najbardziej poczytnych i błyskotliwych blogów w tym kraju. Rano podczas wykonywania codziennych czynności, takich jako toaleta, przygotowanie śniadania, ogarnięcie ubrania i przestrzeni tak, aby po powrocie do domu nie zastać totalnego chaosu, prowadzę wewnętrzny monolog. Nie gadam do siebie, ale w głowie, aż paruje od przemyśleń. Czasami są całkiem poważne, czasami żartuję, ale jak to z zołzami bywa, większość to nieodzwyczajenie w świecie złośliwości. 🙂 Niestety nie mam możliwości, żeby usiąść do komputera i pisać, a większość przemyśleń w ferworze dnia codziennego umyka bezpowrotnie. Po pracy nie mam za bardzo ochoty na siedzenie przy komputerze. Oczywiście mam wówczas całą masę refleksji w głowie, ale za nic nie potrafię ich ubrać w słowa, złożyć w zdania. Czasami zastanawiam się jaki los czeka blog przy moim rytmie pracy. Na ile możliwe połączenie jest blogowania z pracą zawodową, tak aby mieć na wszystko czas, czerpać satysfakcję z jednego i drugiego i zwyczajnie mieć poczucie, że obie czynności wykonuje się dobrze, najlepiej jak tylko się potrafi. W końcu coraz więcej jest blogerów zawodowych i jednocześnie większość dorosłych osób, które znam, a które pracują – nie mają czasu na hobby, a już na pewno tak absorbujące jak pisanie bloga. Blog kulinarny jest potrójnie absorbujący, bo oprócz pisania jest przecież najważniejsze – gotowanie i fotografowanie.

Czytaj dalej „Wegańska szarlotka z papierówkami”

Bez kategorii

Czekoladowy pudding chia słodzony daktylami z frużeliną wiśniową

IMG_1211.JPG

Dziś idę do Was z samym dobrem. Nie, nie chodzi o przepis (choć jest przepyszny!), bo on to raczej jest już znany z innych stron i blogów, chodzi o to, co zamierzam Wam napisać. Dziś karmię nie tyle jedzeniem, co pozytywną energią. Ostatnio dzieje się dużo. Zmienia się naprawdę masa rzeczy. Uporałam się wreszcie w wieloma psującymi mi krew sprawami i czuję się, jakbym zaczęła nowy rozdział.

Wiele lat pracowałam nad tym, żeby nabrać pewności siebie, masę czasu zabrało mi zaakceptowanie swoich słabości i niedoskonałości, nie wiem czy jako nastolatka nlubiłam w sobie cokolwiek. Generalnie miałam poczucie, że jestem straszna, głupia, zła, brzydka. Nie lubiłam siebie, a przez ciężko było mi lubić kogokolwiek wokół. Przez ostatnie lata, dorastając, intensywnie poznawałam samą siebie. Sprawdzałam się, wystawiałam na rozmaite próby, szukałam swojego miejsca w świecie. Kiedyś patrząc wstecz żałowałam wielu rzeczy. Dziś jest inaczej. Myślę, że każde doświadczenie wniosło coś pozytywnego do mojego życia. Nawet te z pozoru złe rzeczy, które działy się na przestrzeni ostatnich lat sprawiły, że jestem silniejsza, mądrzejsza. Ciekawe jest to, że kiedy martwiłam się tym, jak mnie postrzegają inni, czułam się bezwartościowa. Teraz w ogóle o tym nie myślę. Doceniam samą siebie, nie jestem już tak surowa we własnej ocenie i staram się cieszyć z tego, co mi się przytrafia. Kiedyś byle drobiazg wyprowadzał mnie z równowagi. Dziś zwyczajnie liczę do dziesięciu, a potem biorę głęboki oddech i idę dalej, a nawet śmieję się z każdej bzdury, z którą muszę mierzyć się na co dzień. Może to ta praca na onkologii dziecięcej mi to zrobiła. W pewien sposób pozwoliła nabrać dystansu i sprawiła, że wiele rzeczy przestało być problemem. Lubię swoje życie, swoją pracę i ludzi, których mam wokół. Dla mnie praca z dziećmi jest magiczna. To inny, zaczarowany świat. Dzieci są od nas lepsze i czasami myślę, że możemy nauczyć się od nich więcej, niż one od nas.

W związku z tym, że przeprowadzka już za nami postanowiłam na fali zmian wprowadzić do swojego życia kilka zasad, które mają sprawić, że będzie mi się żyło lepiej, przyjemniej i weselej. Brzmi to nieco naiwnie, ale co zrobić, gdy w głębi duszy jestem właśnie taką prostą dziewczyną, którą najbardziej cieszy widok jeziora i lasu, ogród rodziców, pierogi z jagodami i ziemniaki z kurkami w roślinnym sosie śmietanowym na obiad. Zwykłe życie jest super.

Jednak nie spoczywam na laurach. Cały czas pracuję nad tym, aby moje życie było jeszcze fajniejsze i przyjemniejsze, choć każdy moment na zmiany jest dobry, postaram się wykorzystać przeprowadzkę jako taką siłę napędową i dobry moment na wdrożenie w życiu kilku nowych zasad. Czytaj dalej „Czekoladowy pudding chia słodzony daktylami z frużeliną wiśniową”

Bez kategorii

Ciastka z rozmarynem i czekoladą. Idealne na deszczowe lato.

IMG_1281.CR2

Jak na połowę lipca przystało w Polsce głównie pada, wieje oraz zalewa drogi i piwnice… W wakacje z pogodą u nas jest tak, że albo deszcz leje w opór, albo słońce grzeje, jak na Saharze. Rzadko jest coś pomiędzy. Osobiście preferuję tę drugą opcję, ale nie rozpaczam z powodu deszczu, wierząc głęboko, że lato nadejdzie prędzej czy później. Zawsze w końcu przychodzi. Lato jest jak Buka, z tą różnicą, że kiedy Buka pojawiała się w Dolinie Muminków wszystko skuwało się lodem. Lato rozgrzewa ziemię do czerwoności. W moim życiu dużo się dzieje, ale to stało się już normą. Praca wciąga i pochłania, a jednocześnie nie zamierzam przestawać działać na polu kulinarnym i nadal promować na blogu najlepszą w całej galaktyce kuchnię wegańską. Od sierpnia szykują się kolejne warsztaty i wspólne gotowanie. Mam nadzieję, że się spotkamy, bo ostatnio najbardziej w życiu brakuje mi właśnie ludzi. Czas spędzam w pracy, a potem ogarniam codzienność i na prowadzenie życia towarzyskiego zwyczajnie godzin w dobie brakuje. Jak już wyłuskam kilka chwil to lecę do kina, sadzę kwiatki i zioła oraz oczywiście gotuję. Generalnie karuzela się kręci i chyba nie tak szybko odetchnę. Sama to zresztą nakręcam. Mogłabym odpuścić wiele rzeczy, ograniczyć zajęcia, ale nie umiem. Zamiast minimalizować aktywności, dokładam sobie wciąż nowe i wyszukuję kolejnych. Kiedyś lubiłam działać w grupie, teraz wolę w pojedynkę, bo łatwiej jest się umówić i zorganizować coś sama ze sobą, niż liczyć na innych. Strasznie żałuję, że nie jestem w stanie opublikować nawet połowy przepisów, które realizuję na co dzień. Nawet, jak spiszę przepisy to nie udaje mi się sfotografować potraw lub odwrotnie – zdjęcia są, ale za nie potrafię odtworzyć przepisu z głowy. Zwłaszcza po kilku dniach. Z doświadczenia wiem, że jak odłożę publikację na później to z reguły nie udaje mi się jej zrealizować. Nawet nie macie pojęcia ile zdjęć jedzenia, na które przepisy nie ujrzą światła dziennego, zalega na dysku mojego komputerka… Zastanawiam się czy inni blogerzy też tak mają, czy tylko ja jestem taka nieogarnięta.  Czytaj dalej „Ciastka z rozmarynem i czekoladą. Idealne na deszczowe lato.”

Lunch/obiad

Bób w sosie fistaszkowym po afrykańsku

IMG_1159

Z bobem w moim domu nie jest prosto. O ile w tym rodzinnym jest kochany przez wszystkich, o tyle w tym, który tworzę z moim chłopakiem nie jest już tak łatwo. I tak: hummus czy kotlety są akceptowalne, natomiast daniom, w których pojawia się bób w całości, jak chociażby to z dzisiejszego posta Paweł mówi stanowcze NO PASARAN! 🙂 I żadne przekonywania, że jest pyszny nie skłonią go, aby chociaż spróbował troszeczkę na widelcu. Nie i koniec! Już podczas gotowania bobu ostentacyjnie pokazuje swoje niezadowolenie i jestem w stanie się z tym zgodzić – gotowany bób nie pachnie jak fiołki czy chociażby zioła, a wciąż pachnie lepiej, niż te wszystkie niewagańskie serowo-mięsno-nabiałowo-rybne działy w supermarketach. Chyba trudno się z tym argumentem nie zgodzić prawda?

Nie solidaryzuję się z Pawłem i w sezonie bób jadam. Nawet jeśli z tego powodu musimy przygotować dwa obiady. W końcu większość letnich dań jest nieskomplikowana i możemy sobie pozwolić na podwójne gotowanie.

Bób po afrykańsku oryginalnie nie pochodzi z Czarnego Lądu, ale z mojej głowy. Pomysł zrodził się w mojej głowie, kiedy siedziałam w dyżurce wymęczona nocką w pomocy doraźnej i z utęsknieniem myślałam o powrocie do domu po tych kilkudziesięciu godzinach pracy. Miałam ochotę na coś prostego, domowego, sezonowego i wyrazistego. Potrzeba matką wynalazku – wiadomo. Danie jest proste, odżywcze, sezonowe, lokalne i co najważniejsze pyszne. O ile oczywiście lubicie bób i fistaszki…   Czytaj dalej „Bób w sosie fistaszkowym po afrykańsku”

Bez kategorii

Aromatyczne, ziołowe kotlety z bobu

IMG_1134

To będzie krótki i treściwy wpis. Żadnego rozwodzenia się i rozkmin maści wszelkiej, bo paradoksalnie im więcej mam przygód, im więcej doświadczam w moim codziennym życiu i im bardziej przeżywam moją pracę, tym mniej mam czasu na to, aby Wam to opisać i podzielić się spostrzeżeniami. Dlatego dziś będzie o panu bobie, a bób to król. Król lata. Jeden z wielu, ale zawsze. Tworzący udany duet z królową fasolką szparagową. Najbardziej lubię bób podsmażony na patelni, zwyczajny – solą i pieprzem. Udany jest też bobowy hummus, który znajdziecie tutaj.

Ostatnio poeksperymentowałam z kotletami, aby podlizać się do tych, dla których obiad bez kotleta to nie obiad. Z taką ilością ziół i aromatycznych przypraw musiały wyjść pyszne. Możecie podać je na talerzu w formie obiadu, nawet bardzo klasycznego z ziemniakami i surówką. Doskonale sprawdzą się również w bułce, jako burgery z kiszonym ogórkiem, rukolą i sosem ziołowym lub BBQ. Możecie je upiec lub usmażyć, ale w zależności od wybranej opcji musicie zmodyfikować ilość bułki tartej, a więc do tych smażonych dodać jej nieco więcej.

Składniki:

  • 500 g bobu, ugotować na parze i obrać ze skórek
  • sok z jednej cytryny
  • 2 łyżki oleju (u mnie rzepakowy tłoczony na zimno o aromacie masła)
  • 3 łyżki świeżego posiekanego estragonu
  • ½ szklanki liści bazylii
  • ½ szklanki liści mięty
  • 2 łyżeczki kuminu
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżeczka soli
  • po ½ łyżeczki ostrej i słodkiej papryki
  • 1 biała posiekana cebulka
  • 80-100 g mąki z ciecierzycy
  • 50 g bułki tartej*
  • olej do smażenia

Wszystkie składniki za wyjątkiem bułki tartej i oleju, umieszczamy w kielichu blendera lub misce i miksujemy ja jednolitą masę. Masę przekładamy do miski i mieszamy z bułką tartą. Jeżeli wydaje nam się zbyt gęsta dodajmy odrobinę wody, jeżeli za rzadka – mąki z ciecierzycy.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 st.C. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Zwilżonymi rękoma formujemy  płaski kotlety – około 8-10 stuk. Układamy je na blasze, smarujemy z wierzchu odrobiną oleju i pieczemy przez około 10-15 minut, następnie delikatnie obracamy na drugą stronę, ponownie smarujemy olejem i pieczemy kolejne 5-10 minut. Gotowe.

* Jeżeli zamierzacie usmażyć kotlety na patelni zwiększcie ilość bułki tartej do około 80-100 g. Kotlety smażmy na złoty kolor z obu stron przez kilka minut. Bardzo delikatnie obracamy podczas smażenia.

IMG_1129